czwartek 27 lipca 2017
CSR | OWES | Sieć Barka | BarkaUK | BarkaNL | BarkaIE | BarkaCA | BarkaIS | INISE | GU | Oferta

Wspólnota Władysławowo

Wersja do wydrukuWyślij znajomym
Dom Wspólnoty Władysławowo

Pierwszy dom Barki

W 1989r, po wielu próbach pomocy w więzieniach, szpitalach psychiatrycznych, domach poprawczych. Barbara i Tomasz Sadowscy podjęli życie wspólnotowe z osobami, które te placówki opuściły. Skupili wokół siebie ok. 40 osób w potrzebie oraz wielu swoich przyjaciół i wspólnie wydzierżawili budynek po byłej szkole we wsi Władysławowo (50 km od Poznania). Inspiracją do podjęcia takiego życia były wspólne doświadczenia z najuboższymi, chrześcijańskie wychowanie i doświadczenia przemian lat 80 w Polsce. Wspólnym wysiłkiem utworzyli stolarnię, pieczarkarnię, ogrzewane tunele foliowe i sad czarnej porzeczki. Członkowie Wspólnoty mają wspólną kasę, kuchnię i podejmują decyzje razem przy wspólnym stole. Władysławowo to pierwszy z domów Barki, który stał się niezależny finansowo. Posiada fermę królików, współpracuje ze Stowarzyszeniem Wohen und Beraten oraz Diakonia z Niemiec.

Ela

Jak trudno przewidzieć co się może się stać głównym celem życia, dziś mogę sobie na to odpowiedzieć. Wszystkie moje zakręty życio we doprowadziły mnie  nareszcie do domu.Wydawać by się mogło, to bzdury, przecież miałam dom, rodziców, rodzinę. Ale tak naprawdę to byłam sama. Teraz jestem pewna, że mam rodzinę, której jestem potrzebna, przed którą mogę się wypłakać, otworzyć, nikt mnie nie wyśmieje. 

Nasz wspólny stół to nie tylko miejsce gdzie się spożywa posiłki, On jest sercem naszego domu, to miejsce, które jednoczy. Gdy siada przy nim ponad trzydzieści osób, każdy mi jest bliski nie ważne jest to jakim był i skąd przyszedł, jak wygląda, wcześniej to jest przed prawie dziewięcioma laty nie byłoby to możliwe. Egoizm byłby górą. Jestem pewna, że mieszkanie we wspólnocie z innymi ludźmi umożliwiło nam, a przede wszystkim naszej, dzisiaj osiemnastoletniej córce nabycie, wrażliwości na drugiego człowieka. Ja mogę każdemu spojrzeć w oczy i dostrzec, przyjaźń i zrozumienie, to jest bardzo ważne.

Nareszcie, tradycyjne pozostawianie oczekującego nakrycia, miejsca przy wigilijnym stole nie jest tylko nakazem tradycji, fikcji. Dziś mam tę świadomość, że ono tak naprawdę czeka na człowieka. Parokrotnie przydało się naprawdę, dało człowiekowi, który je otrzymał poczucie bezpieczeństwa

Jestem pewna, że nie tylko miejsce przy stole, dach nad głową jest potrzebne ludziom, potrzeba także sprawienia tego aby człowiek poraniony, odrzucony, miał szansę powrotu do normalnego godnego życia, do pracy. Wielką nadzieją dla nas jest projekt ustawy o zatrudnieniu socjalnym. W najbliższych miesiącach chcemy na nowo uruchomić produkcję pieczarek, w budynku, który przed laty został wybudowany do tego celu.

Zdajemy sobie sprawę z trudności zadania, jakie stoi przed nami. Jesteśmy pewni, że znajdą się ludzie, którzy nam w tym pomogą, mam na myśli, fachowe porady oraz szkolenie. Chcemy, aby ta inicjatywa dała możliwość stworzenia miejsc pracy dla naszych dwóch lub trzech mieszkańców. Będzie to początek małej spółdzielni socjalnej. Dalsze plany to profesjonalne prowadzenie upraw pod folią. Posiadamy atest gospodarstwa ekologicznego. Pragniemy zaprosić do nas wszystkich tych z  Państwa, którzy chcieliby nas odwiedzić, zobaczyć i pomóc.

Zapraszamy serdecznie.
Elżbieta Niewolna

 

Marek - Moja droga do Barki

Jestem bezdomnym od sierpnia 2000 roku. Nie chcąc wchodzić w konflikt z prawem, zgłosiłem się do punktu konsultacyjnego. Po kilku  telefonach, znalazło się dla mnie miejsce w jednym z ośrodków. Jednakże, po 1,5 roku przebywania tam nic kompletnie ze sobą nie zrobiłem. Mało tego program tamtego ośrodka "O wychodzeniu z bezdomności" okazał się programem tylko na papierze. Nic nie robiono  w kierunku, o którym pisano.

W czerwcu 2002 roku próbowałem na własną rękę wyjść z bezdomności. Jednak rejon zachodniopomorski pod względem zatrudnienia jest fatalny. I znów pod koniec czerwca znalazłem się w ośrodku Na początku pracowałem w lesie, za dziesięć papierosów dziennie. Po dwóch tygodniach pojechałem do Ośrodka w Łodzi pracowałem w betoniarni, lecz była to praca odrobkowa.

Dostawaliśmy paczkę papierosów dziennie.  Pod koniec sierpnia spróbowałem raz jeszcze życia na własną rękę. Pracowałem na "czarno" nie było źle, 300zł tygodniowo pozwalało na na w miarę normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Jednak i to pod koniec października się "urwało". Kontrola w zakładzie pracy pozbawiła mnie bezpowrotnie złudzeń. Znów byłem na bruku. NIe wiedziałem co z sobą zrobić? Były tylko dwie drogi "kryminal", lub szukać domu. Wybrałem to drugie, dom. Tak trafiłem do "Barki" na Zawadach, a stamtąd do domu we Władysławowie.

Mojego domu, w którym atmosfera dalece odbiega, od tych, w których przebywałem. Jestem w Domu dopiero ponad dwa miesiące, lecz coś ruszyło w moim życiu. Tu toczy się życie, coś się dzieje.

Nie jest to wegetacja. Tutaj się żyje. Uczestniczyłem w dniu świętomarcińskim, uczestniczyłem w świątecznej zbiórce żywności. Obdarzono mnie zaufaniem. Zauważyłem, że jestem potrzebny innym ludziom, którzy są w takiej samej sytuacji , jak ja byłem kiedyś. Na co dzień zajmuję się hodowlą zachowawczą królików i jestem przekonany, że uczestniczę w życiu i funkcjonowaniu naszego domu. I to jest piękne, iż ten rok 2002 zakończyłem z nadziei.

Z nadzieją, na lepsze jutro.

 

Boguś

Z bardzo dużą tęsknotą wspominam tam ten czas, a jest to moje dzieciństwo.Mogę powiedzieć było bardzo udane. Dziś jako dorosły mężczyzna zadaję sobie pytanie, czy moje życie do niedawna pełne nienawiści, cierpienia, przemocy, było wyborem? Myślę, że czytając moje wynurzenia odpowiedzą Państwo sami sobie na nurtujące mnie do niedawna pytanie. Mając tylko 14 lat straciłem najukochańszą osobę, moją mamę. Po Jej śmierci nie zdawałem sobie sprawy z zamętu, jaki, zaczął się w moim życiu. Wszystko ulegało powolnej ruinie, dlaczego powoli? Bo miałem jeszcze ojca, którego też bardzo kochałem. Ojciec nie był mnie wstanie cały czas kontrolować, pracował. Mieliśmy duże gospodarstwo rolne. Tak długo jak żył ojciec, a żył jeszcze tylko dwa lata, miałem co jeść, gdzie spać, chodziłem czysto ubrany. Było nas pięcioro rodzeństwa, duży dom. Gospodarstwo odziedziczył najstarszy brat. W miarę swych możliwości dbał o mnie tak jak umiał, czyli dbał o potrzeby biologiczne, nie wychowywał mnie, nie mam żalu nie był tego świadomy. Reszta rodzeństwa porozjeżdżała się po Polsce, pozakładała rodziny, ja zostałem sam. Brat mój po nie długim czasie został sam, odeszła od niego żona. Zaczął pić, a ja z nim. Przez dwa lata bardzo wcześnie rano, późno wieczorem, w nocy, kupowałem i przynosiłem alkohol. Byłem stałym klientem melin. Wtedy właśnie zacząłem pić. Nieświadomie wciągałem się w nałóg. Nie potrafiłem bawić się bez picia, moje towarzyskie picie zamieniło się w trzydniowe ciągi kończyły się interwencją lekarza, przyjeżdżało pogotowie, miałem kłopoty z sercem. W tym czasie spotykałem się z dziewczyną, która to tolerowała, bo za każdym pijackim wybrykiem potrafiłem tak naobiecywać i nakłamać, że do pewnego momentu uchodziło mi to płazem. Po pobycie w szpitalu, przez cały rok nie piłem nie paliłem, wynikało to nie z niechęci do alkoholu, a ze strachu przed śmiercią. Osiemnaście lat, urodziny jak tego nie uczcić, powrót do nałogu, ciągi tygodniowe. Zostałem sam nikt mi nie wierzył, że nie chcę pić, ale czy chciałem przestać, nie dzisiaj wiem to na pewno. Była to faza krytyczna mojej choroby. Powiedziano mi, że wojsko wyleczy mnie ze wszystkiego. Komisja wojskowa, dostałem najlepszą kategorię nie wiele później bilet. W wojsku nie piłem, przeżywałem głód alkoholowy, zwidy, urojenia, utraty przytomności, dowódcy myśleli, że udaję. Po sześciu miesiącach pojechałem do domu, wypiliśmy z bratem trzy butelki wódki, na drugi dzień wstałem bez kaca w tedy powróciłem do normalnego (pijanego samopoczucia), gdy się zorientowałem i upewniłem, że nie jest to przejściowe zacząłem pić dalej byłem wiecznym utrapieniem dla kadry, przeszedłem wszystkie kary, jakie przewidywał regulamin, piłem dalej. Pod koniec służby poszedłem do więzienia. Po każdym wyjściu na wolność był szybki powrót za kraty. Po ostatniej odsiadce powiedziałem sobie: nigdy więcej tam nie wrócę. Jeszcze w więzieniu trafiłem na grupę AA, co mną kierowało? Chęć uwolnienia się od nałogu? Nic bardziej mylnego. Szansa uzyskania zwolnienia warunkowego była powodem mojego uczestnictwa w spotkaniach więziennej grupy AA. Jakoś udało mi się uniknąć więzienia, ale picie stało się obsesją, trwało nie dni, ale miesiące. Piłem denaturat, piłem do utraty przytomności, kradłem, aby tylko móc się napić. Przyszła padaczka alkoholowa. Nigdy nie wierzyłem w uzależnienie, dziś wierzę, jestem doskonałym przykładem. Po kilkunastu odtruciach, podjąłem trzykrotnie terapię. Dopiero po trzecim powrocie z terapii uświadomiłem sobie, co jest powodem nawrotów do nałogu, była to samotność. Pojąłem walkę o siebie z sobą samym, walkę o życie, dzisiaj mam 33 lata i trzeźwieję. Nie miałem pomysłu jak to zrobić. Pierwsze moje kroki skierowałem do znanej mi wcześniej pani psycholog, z którą miałem dobry kontakt. Wcześniej słyszałem o BARCE i o nią właśnie zapytałem, dowiedziałem się, że to najlepsze miejsce dla mnie, po godzinie byłem już spakowany i wyruszyłem do Władysławowa koło Lwówka Wlkp. W niepewności, co mnie czeka. Gdy dotarłem późnym wieczorem, byłem szczęśliwy, że nie jestem sam, przyjęto mnie jak człowieka, to było bardzo ważne. Byłem we wspólnocie przez 6 miesięcy, po czym odezwała się we mnie moja chora duma, odszedłem, chciałem spróbować samodzielności. Przez 4 miesiące wynajmowałem mieszkanie u dobrych ludzi, którzy wiedzieli o moim uzależnieniu, pracowałem na czarno. Jednak mimo wszystko czułem się nadal samotny nikomu nie potrzebny, ale nie zapiłem, to dla mnie satysfakcja. Dlatego znowu pomyślałem o BARCE. Trzymałem się bardzo wszystkich wskazówek terapii, że stałem się strasznym egoistą liczyłem się tylko ja, reszta była niczym. Gdy wróciłem do domu we Władysławowie uświadomiono mi to. Dziś wiem, jeszcze muszę długo nad sobą pracować, aby móc się pokusić na samodzielne życie. Najważniejsze dla mnie jest to, że tu mam szansę na odbudowę swojego życia, nie zarobek, nie korzyści materialne, tylko człowieczeństwo, tutaj zaczynam rozumieć, co jest ważne w życiu. Wartości takie jak szacunek dla drugiego człowieka, tolerancja, wzajemna pomoc, akceptacja. Kiedyś widziałem takie hasło. Człowiek jest tyle wart, ile może dać drugiemu człowiekowi. Dużo nad tym myślałem i dziś mogę powiedzieć, że to prawda. Zaczynam uświadamiać sobie ,że to nie ja jestem pępkiem świata i żebym mógł brać, muszę  się nauczyć dawać.

Na zakończenie chciałbym dodać ,że najważniejsze dla mnie jest obecnie to, że uświadomiłem sobie rozmiary mojego problemu. Wierzę, że przy  pomocy innych życzliwych mi ludzi pokonam to co najgorsze ALKOHOL.