Wspólnoty i Liderzy

Wspólnoty

Programem realizowanym przez Fundację Barka od samego początku był program domów wspólnotowych, czyli miejsc służących odbudowie osób, które znalazły się w ekstremalnych sytuacjach życiowych. Jako pierwsza powstała wspólnota we wsi Władysławowo w Gminie Lwówek, położonej 70 km na zachód od Poznania. Barbara i Tomasz Sadowscy wraz z córkami zamieszkali tu razem z osobami bezdomnymi, samotnymi, ubogimi i niepełnosprawnymi w wydzierżawionym przez Gminę opustoszałym budynku po szkole podstawowej.

Domy wspólnotowe służą rozwojowi duchowemu, moralnemu, społecznemu i zawodowemu mieszkających w nich osób, w oparciu o idee pomocy wzajemnej i samopomocy. Wszyscy dzielą się tu pracą i odpowiedzialnością. Główne zasady obowiązujące we wspólnotach to: solidaryzm i pomoc innym w potrzebie, praca na rzecz wspólnoty, utrzymanie trzeźwości, współpraca z lokalną społecznością, edukacja ustawiczna.

Kluczową cechą odróżniającą domy wspólnotowe od placówek świadczących pomoc osobom bezdomnym jest brak podziału na pracowników i klientów korzystających z usługi.

Wspólnota powinna starać utrzymywać jak najlepsze relacje ze środowiskiem lokalnym, z sąsiadami, instytucjami publicznymi, przedsiębiorcami a także innymi organizacjami. Razem z nimi buduje partnerstwo lokalne, wpływające na życie całej społeczności w gminie.

Poza Władysławowem domy wspólnotowe powstały także w innych miejscach, m.in. w Marszewie, Posadówku, Chudobczycach, Drezdenku, Gminie Strzelce Opolskie (5 domów) i w Cieszynie.

Liderzy

Liderami zostają Ci z mieszkańców wspólnot, którzy podnieśli się z trudnych życiowych kryzysów, a teraz na podstawie swoich życiowych doświadczeń poprzez przykład pomagają innym w rozwoju moralnym, społecznym duchowym i zawodowym w oparciu o idee pomocy wzajemnej i samopomocy. Liderzy prowadzą domy wspólnotowe, żyją w trzeźwości i pracują w programach zagranicznych, które Barka prowadzi w Anglii, Irlandii, Holandii, Belgii, Niemczech i na Islandii, zakładają spółdzielnie socjalne, prowadzą Centra Integracji Społecznej.

„Chciałbym, żeby wszystko było dobrze, żebym mógł każdemu pomóc ”

Piotrek związany jest z Barką w Strzelcach Opolskich od 1998 roku, czyli od początku jej istnienia. Od 10-ciu lat jest on również zaangażowany w streetworking, gdzie z pasją pomaga innym. Na początku praca ta odbywała się jedynie na terenie Strzelec, lecz już od 2012 roku Piotrek zaczął brać udział w zagranicznych projektach Barki. Do dnia dzisiejszego wyjeżdża cyklicznie na różne projekty znajdujące się m.in. w Hadze, Amsterdamie i Antwerpii. Otwierał również projekty w Brukseli i Berlinie.

Piotrek jest niesamowicie empatycznym i doświadczonym, zarówno profesjonalnie jak i życiowo liderem. Zawsze pełny pogody ducha, uchyliłby nieba każdemu, gdyby tylko mógł. Piotrek ponadto jest niesamowicie otwartą osobą, co sprawia, że bardzo łatwo się z nim rozmawia.

Prywatnie jest pasjonatem muzyki, oraz uwielbia budować statki w butelkach. Cierpliwość to jego drugie imię! W przyszłości chciałby podszkolić sobie język angielski i holenderski, oraz zdobyć prawo jazdy.

Do Fundacji Barka trafiłem w sierpniu 2004 roku, jako osoba, która utraciła kontakt z rynkiem pracy, po okresie długotrwałego bezrobocia. Wówczas miałem również problemy prawne, ponieważ nie mając dochodów, nie płaciłem alimentów.

To był dla mnie stresujący okres, nie wiedziałem jak sobie poradzić z prozą życia. W Barce dość szybko się aktywizowałem, otrzymując wsparcie od wielu osób, a przede wszystkim od rodziny Sadowskich oraz Dagmary Szlandrowicz. Uczestniczyłem w kilku projektach; najważniejszym chyba był udział w rocznym szkoleniu w Centrum Integracji Społecznej, ponieważ realizowane w centrum warsztaty miały charakter normalnej pracy. Motywującym aspektem był fakt, że kilku latach przerwy od zacząłem znów otrzymywać wynagrodzenie.

W ramach aktywizacji zawodowej przez dwa lata byłem sprzedawcą Gazety Ulicznej, którą do dziś tworzą barkowi wolontariusze. Byłem również uczestnikiem 2 edycji Szkoły Animacji Społecznej (grupy wsparcia). Ukończyłem też Szkołę Liderów Ekonomii Solidarnej, która m.in. przygotowywała uczestników do pracy za granicą.

Dziś jestem przewodniczącym Stowarzyszenia Wydawniczego, które otrzymało od zarządu Barki zadanie kontynuowania wydawania Gazety Ulicznej. Od kilku lat okresowo pracuję również za granicą, jako streetworker. Obecnie w Barce irlandzkiej w Dublinie wykonuję pracę lidera. W Irlandii pomagamy osobom bezdomnym, które często przebywają tu od kilku lat i nie zdecydowały się na powrót do kraju, do rodziny. Staramy się wspierać tych ludzi, tak by nabrały sił i motywacji do odmienienia swojego losu i odbudowania życia. W tej misji korzystamy z pomocy wielu form działalności prowadzonych przez Barkę w Polsce, m.in. domów wspólnotowych oraz programów edukacyjnych i reintegracyjnych.

Ta praca to dla mnie wielkie wyzwanie, ale i ogromna satysfakcja. W Barce otrzymałem i nadal otrzymuję potrzebne mi wsparcie, ale wymaga się też ode mnie dużego zaangażowania. To jest bardzo motywujące.

Swoją przyszłość widzę jako wspólną drogę z Barką; pracuję także nad zbudowaniem pozytywnych relacji z moimi synami.                                                                                                                                                    Poza pracą interesuję się sportem, turystyką, historią i geografią.

Przy pierwszym spotkaniu wydaje się być zamknięty w sobie, przyglądając się sytuacjom i ludziom, których nie zna, nie jest wylewny ale stopniowo daje się lepiej poznać. We wspólnocie zajmuje się głównie pracami remontowo budowlanymi, stara się również wspierać i towarzyszyć osobom, które wracają zza granicy. 

Jako lider w pracy z osobami bezdomnymi jest przede wszystkim szczery i życiowy. Nie demonizuje ani nie koloryzuje sytuacji, prosto i rzeczowo potrafi wytłumaczyć szereg wydarzeń, które złożyły się na zastastaną rzeczywistość. O swoich trudnych doświadczeniach nie opowiada kwieciście. Dzieli się swoją historią w sposób spokojny, nienarzucający się, jednocześnie zawierając w niej kluczowe elementy, które ukształtowały jego sytuację i charakter. Los osób, które spotyka napewno nie jest mu obojętny, często widać jego wewnętrzne zmagania nad poszukiwaniem odpowiednich rozwiązań.

W kontaktach z asystentkami jest bardzo bezpośredni, potrafi czasem sprowadzić na ziemię, hamując ich nadmierny zapał. Zdarza się, że bywa wybuchowy ale paradoksalnie umie nauczyć cierpliwości i opanowania. Ponadto posiada specyficzne, czasem nawet rubaszne poczucie humoru, co zdecydowanie ułatwia pracę i pomaga rozładować stresujące sytuacje.

I być może nieczęsto o tym mówi ale widać, że troszczy się o relacje, które po latach odbudował z rodziną. Niby “twardziel” ale jednak z wielkim sercem!

Bardzo dynamiczny, aktywny, czasem nawet chaotyczny ale wynika to głównie z ogromu spraw, w które się angażuje. Zawsze w ruchu, zawsze potrzebny! We wspólnocie zajmuje się głównie gastronomią i pomocą w zorganizowaniu miejsca w programach odwykowych i terapeutycznych dla potrzebujących mieszkańców oraz osób powracających zza granicy ale w zasadzie czuwa nad wieloma sprawami związanymi z jej funkcjonowaniem. 

Zdecydowanie jest gadułą ale w pozytywnym sensie. Osoby, które spotyka na swojej drodze doceniają jego otwartość i szczerość. Często opowiada o swoich trudnych doświadczeniach w sposób naturalny, bez cienia moralizatorstwa. Każdą sytuację i przypadek z którymi się styka, przepracowuje słowami – zastanawia się, planuje, szuka rozwiązań, używając odniesień ze swojego życia. 

W pracy lidera jest bardzo empatyczny. Z osobami, którym stara się pomóc wiąże się emocjonalnie. Przeżywa każdą sytuację próbując, poprzez swoje świadectwo, nadać jej odpowiedni kierunek. Wierzy, że dzięki temu zaangażowaniu, ktoś zmieni swoje życie. Tym samym – jeśli się angażuje, to angażuje się całym sercem. 

Jest nieoceniony pod względem kontaktów, które sobie wypracował i o które dba w sposób bardzo serdeczny i ludzki. Jest osobą którą po prostu, nawet po wielu latach, się pamięta!

Bardzo dynamiczny, aktywny, czasem nawet chaotyczny ale wynika to głównie z ogromu spraw, w które się angażuje. Zawsze w ruchu, zawsze potrzebny! We wspólnocie zajmuje się głównie gastronomią i pomocą w zorganizowaniu miejsca w programach odwykowych i terapeutycznych dla potrzebujących mieszkańców oraz osób powracających zza granicy ale w zasadzie czuwa nad wieloma sprawami związanymi z jej funkcjonowaniem. 

Zdecydowanie jest gadułą ale w pozytywnym sensie. Osoby, które spotyka na swojej drodze doceniają jego otwartość i szczerość. Często opowiada o swoich trudnych doświadczeniach w sposób naturalny, bez cienia moralizatorstwa. Każdą sytuację i przypadek z którymi się styka, przepracowuje słowami – zastanawia się, planuje, szuka rozwiązań, używając odniesień ze swojego życia. 

W pracy lidera jest bardzo empatyczny. Z osobami, którym stara się pomóc wiąże się emocjonalnie. Przeżywa każdą sytuację próbując, poprzez swoje świadectwo, nadać jej odpowiedni kierunek. Wierzy, że dzięki temu zaangażowaniu, ktoś zmieni swoje życie. Tym samym – jeśli się angażuje, to angażuje się całym sercem. 

Jest nieoceniony pod względem kontaktów, które sobie wypracował i o które dba w sposób bardzo serdeczny i ludzki. Jest osobą którą po prostu, nawet po wielu latach, się pamięta!

Bardzo dynamiczny, aktywny, czasem nawet chaotyczny ale wynika to głównie z ogromu spraw, w które się angażuje. Zawsze w ruchu, zawsze potrzebny! We wspólnocie zajmuje się głównie gastronomią i pomocą w zorganizowaniu miejsca w programach odwykowych i terapeutycznych dla potrzebujących mieszkańców oraz osób powracających zza granicy ale w zasadzie czuwa nad wieloma sprawami związanymi z jej funkcjonowaniem. 

Zdecydowanie jest gadułą ale w pozytywnym sensie. Osoby, które spotyka na swojej drodze doceniają jego otwartość i szczerość. Często opowiada o swoich trudnych doświadczeniach w sposób naturalny, bez cienia moralizatorstwa. Każdą sytuację i przypadek z którymi się styka, przepracowuje słowami – zastanawia się, planuje, szuka rozwiązań, używając odniesień ze swojego życia. 

W pracy lidera jest bardzo empatyczny. Z osobami, którym stara się pomóc wiąże się emocjonalnie. Przeżywa każdą sytuację próbując, poprzez swoje świadectwo, nadać jej odpowiedni kierunek. Wierzy, że dzięki temu zaangażowaniu, ktoś zmieni swoje życie. Tym samym – jeśli się angażuje, to angażuje się całym sercem. 

Jest nieoceniony pod względem kontaktów, które sobie wypracował i o które dba w sposób bardzo serdeczny i ludzki. Jest osobą którą po prostu, nawet po wielu latach, się pamięta!

Myślę, że pracowitość – to jedna z głównych cech, która wyróżnia Krzysia. Krzysiu to młody lider (choć już z bagażem życiowych doświadczeń) , który po raz pierwszy przyjechał jako lider do Holandii pod koniec września 2018 roku. Widać było u niego nutkę niepewności ale z drugiej strony wyróżniał się chęcią poznania tego „nowego” świata. 

Krzysiu dojrzewał i zmieniał się w trakcie pobytu w Holandii. I kiedy wracał do Polski widać było błysk w oku. 

Krzysiu jest bardzo poczciwy, solidny i oddany pracy, którą wykonuje, zarówno w Holandii jak i w Polsce. 

W Polsce odpowiedzialny jest między innymi za to, aby ośrodek wypoczynkowy w Koninie sprawnie funkcjonował. Jak sam to określił -stoi za barem ☺ . Ośrodek w Koninie jest przedsiębiorstwem społecznym wspólnoty Barka w Chudobczycach. 

 W wolnych chwilach zajmuje się również pracami stolarskimi w Chudobczycach. 

Krzysiu to człowiek wielu talentów. W Holandii dał się poznać jako majsterkowicz w rozbieraniu na części pierwsze, a później składaniu, sprzętów elektronicznych. 

Krzysiu był żonaty i ma dziecko, z którym póki co nie ma kontaktu, ale robi wszystko żeby w przyszłości to zmienić. 

Krzysiu chciałby wyprostować wszystkie swoje sprawy. W przyszłości chciałby się usamodzielnić i założyć rodzinę.

W Barce jestem od 11 lat, przyjechałam do Chudobczyc z Londynu. Od 4 lat prowadzę Dom Barki we
Władysławowie, od paru lat pomagam również bezdomnym Polakom za granicą w przezwyciężeniu
trudnej sytuacji życiowej w jakiej się znaleźli, obecnie w Holandii.
Moją pasja jest żeglarstwo, spędzam ten czas z bliskimi mi osobami.
„…Ważne jest dla mnie teraz Władkowo, dbam o to. Chcę by ludzie czuli się tam dobrze”.

Myślę, że pracowitość – to jedna z głównych cech, która wyróżnia Krzysia. Krzysiu to młody lider (choć już z bagażem życiowych doświadczeń) , który po raz pierwszy przyjechał jako lider do Holandii pod koniec września 2018 roku. Widać było u niego nutkę niepewności ale z drugiej strony wyróżniał się chęcią poznania tego „nowego” świata. 

Krzysiu dojrzewał i zmieniał się w trakcie pobytu w Holandii. I kiedy wracał do Polski widać było błysk w oku. 

Krzysiu jest bardzo poczciwy, solidny i oddany pracy, którą wykonuje, zarówno w Holandii jak i w Polsce. 

W Polsce odpowiedzialny jest między innymi za to, aby ośrodek wypoczynkowy w Koninie sprawnie funkcjonował. Jak sam to określił -stoi za barem ☺ . Ośrodek w Koninie jest przedsiębiorstwem społecznym wspólnoty Barka w Chudobczycach. 

 W wolnych chwilach zajmuje się również pracami stolarskimi w Chudobczycach. 

Krzysiu to człowiek wielu talentów. W Holandii dał się poznać jako majsterkowicz w rozbieraniu na części pierwsze, a później składaniu, sprzętów elektronicznych. 

Krzysiu był żonaty i ma dziecko, z którym póki co nie ma kontaktu, ale robi wszystko żeby w przyszłości to zmienić. 

Krzysiu chciałby wyprostować wszystkie swoje sprawy. W przyszłości chciałby się usamodzielnić i założyć rodzinę.

Od blisko 6 lat Piotr mieszka we wspólnocie Barki w Posadówku dokąd przyjechał z haskiej ulicy/Holandii. Życie we wspólnocie i wiara pomogły mu poradzić sobie z uzależnieniem, bezdomnością i odbudować relacje z rodziną. Piotr uczestniczył w Posadówku w budowaniu schroniska dla zwierząt. Dość szybko zaczął brać udział w zagranicznych wyjazdach liderów, podczas których mógł wykorzystać swoje doświadczenie życia na ulicy i uzależnienia do pomocy innym bezdomnym osobom. Do tej pory pracował w Amsterdamie, Utrechcie, Reykjavíku i Brukseli. Jako że lubi
wyzwania, nie waha się rozpoczynać nowych projektów (Islandia). W jego życiu ważne miejsce zajmuje rodzina. Piotr lubi jazdę na rowerze, pływanie, interesuje się teatrem i filmem.

Poznałam Janusza w Londynie pracując z nim w dzielnicy City. Po wielu latach mogę śmiało powiedzieć, że “ojciec dyrektor” bo tak Janusza nazywaliśmy, odegrał bardzo dużą rolę w życiu osób, które podjęły decyzję zmiany. Bardzo ważnej zmiany, jaką jest wyjście z bezdomności. Praca Janusza, która również prowadziła do tej zmiany wiązała się niejednokrotnie z poświęceniem, ze łzami, z determinacją, z radością ale i z satysfakcją. Janusz jest osobą na której możesz polegać i nie tylko w pracy ale w życiu prywatnym również.
Aktor teatru w Poznaniu, punktualny i zorganizowany. Dobry kucharz i pasjonata różnych kuchni świata w jednym. Fotograf z zamiłowania.
Jako lider w swojej pracy jest rzetelny, szukający jak najlepszych rozwiązań dla wszystkich. Angażuje się sercem i głową.
Jego historia, którą dzieli się z drugim człowiekiem, daje nadzieje. Nadzieje na odbudowanie relacji, na odbudowanie siebie, na odbudowanie życia. Sam jest tego przykładem jak odbudował swoje życie i relacje z dziećmi. Myślę ze to wielki dar móc dawać komuś nadzieje przez świadectwo swojego życia. Cieszę się, że i ja mogłam poznać Jego historię.

Trafił do Barki w 1998 roku. Miał 21 lat i burzliwą historię życia. Pochodził z rozbitej rodziny, w której często gościł alkohol. Już jako mały chłopiec oswoił się ze światem przestępczym, a od 13 tego roku życia przebywał z zakładach poprawczych. Częste ucieczki, życie na gigancie. Przyjazd do ośrodka Barki w Chudobczycach odmienił jego życie o 360 stopni. Tutaj dostał szansę aby zacząć wszystko na nowo- stopniowo uczył się odpowiedzialności, pracy, innego sposobu funkcjonowania w społeczeństwie. Od 2005 roku prowadzi Stowarzyszenie Integracyjne Wspólnoty Barka w Chudobczycach. Leży mu na sercu dobro tego miejsca i rozwijanie działalności Stowarzyszenia. Jako lider wyjeżdżał do pracy w Londynie i w Reykjaviku. Jego pasją jest pomaganie ludziom w trudnej sytuacji, jazda rowerem po lasach i sport (zwłaszcza piłka nożna, boks i siatkówka). Lubi zwiedzać i poznawać nowe miejsca.

W Barce jestem od 11 lat, przyjechałam do Chudobczyc z Londynu. Od 4 lat prowadzę Dom Barki we
Władysławowie, od paru lat pomagam również bezdomnym Polakom za granicą w przezwyciężeniu
trudnej sytuacji życiowej w jakiej się znaleźli, obecnie w Holandii.
Moją pasja jest żeglarstwo, spędzam ten czas z bliskimi mi osobami.
„…Ważne jest dla mnie teraz Władkowo, dbam o to. Chcę by ludzie czuli się tam dobrze”.

“Od łobuza do pracownika” – Historia emigranta

Autor: Piotr – osoba, która wróciła z Lambeth do Polski dzięki Barce Brytyjskiej.

Ranek to najgorszy czas dnia. Najpierw budzi mnie zimno, a potem jakże znajome łupanie w głowie, suszenie i “szczotka” w gardle. Dookoła widzę dobrze mi znanych ludzi w śpiworach, leżących pod murem. Znowu pada. Wokół mnie walają się porozrzucane butelki. Jaka szkoda, że
wszystkie puste – tak samo, jak moje kieszenie. I nagle słyszę po raz pierwszy: “Cześć chłopaki, jak się dzisiaj macie? Jesteśmy z Barki. Jak
możemy wam pomóc?”. Na dźwięk słowa POMOC od razu pomyślałem o napełnieniu leżącej obok butelki. Żadna inna pomoc mnie nie obchodzi, dlatego tracę zainteresowanie. Powrót do Polski? Od lat jestem w Londynie. W końcu czuję się wolny. Robię, co chcę. Mam za darmo jedzenie i ubrania, a pieniądze na picie zawsze się znajdą. Angielski znam, więc jak tylko będę gotowy, to znajdę pracę. Taki mam plan – na kiedyś – ale nie na dziś. Dlatego odmawiam.

Po pierwszym spotkaniu z Barką zacząłem ich widywać częściej. Spotykaliśmy się w Centrum Pomocy Dziennej na Waterloo. Moja początkowa niechęć zmieniła się w sympatię. Wiele razy rozmawialiśmy o moim piciu, o tym, że najwyższy czas coś zrobić z takim marnowaniem życia. Zgadzałem się z tym – owszem, chciałem coś zmienić, ale – jutro, pojutrze, może kiedyś. Miło było rozmawiać o czymś ważnym, wspominać dawne życie. Stale przypominałem sobie te słowa: “Jak się dzisiaj macie? Jesteśmy z Barki. Jak możemy wam pomóc?”. Moje życie płynęło jednak nadal tym samym kursem. Dni były podobne jeden do drugiego jak dwie krople wódki. Cała moja energia, całe życie było podporządkowane butelce. Mój rozkład dnia był naznaczony piciem.

W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że staczam się po równi pochyłej. Aby temu zapobiec, podjąłem nawet pracę. Zatrudniłem się w wytwórni sałatek, potem w szklarniach, sadziłem kwiaty, kładłem kostkę brukową, a nawet pracowałem w rzeźni. Z każdego miejsca jednak albo mnie wyrzucano, albo sam się zwalniałem. W każdym razie miałem jakieś pieniądze. Niestety za mało, żeby coś zacząć, ale w sam raz na
picie. Po każdej próbie pracy (w Bognor, Chichester, Hull, Manchesterze i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze) zawsze wracałem do Londynu. Starzy przyjaciele witali mnie z otwartymi ramionami i pełnymi butelkami. Po jednej z takich wypraw odwiedziłem Dzienny Ośrodek Pomocy w Shepherd 39 Bush. Stary dobry Broadway. Tam spędziłem pierwszy rok mojego wygnania, zawsze pijany. To był szok. Pierwszą osobą, jaką spotkałem, był “Marynarz”, mój dobry kumpel, z którym mieszkałem na squatach i wypiłem jezioro cydru. Był trzeźwy, czysty i zadowolony z życia. Opowiedział mi, że wrócił do Polski z Barką, wytrzeźwiał i zmienił swoje życie. W rezultacie zaczął dla Barki pracować.
“Marynarz” poprosił mnie, żebym poszedł w jego ślady. Zaoferował mi pomoc i zapewnił, że w Barce znajdzie się dla mnie miejsce. Niestety, tym razem zwyciężył cydr, jednak obraz zdrowego, trzeźwego “Marynarza” utkwił w mojej pamięci. Tymczasem trwał alkoholowy maraton. Niemal codziennie obiecywałem sobie, że to już koniec, że z tym skończę. Niestety, były to puste obietnice. Drżenie rąk i całego ciała można było ukoić tylko w jeden sposób. Komórki mojego organizmu mogły pracować tylko po odpowiedniej dawce alkoholu. Miesiąc później zostałem pobity. To oczywiście się już wcześniej zdarzało. Człowiek leżący, zawinięty w śpiwór, ma małe szanse z bandą nastolatków. Ich ulubioną zabawą było obrzucanie nas kamieniami, butelkami, puszkami… Uważali, że wylanie butelki piwa czy wody na śpiącego człowieka jest super zabawne. Bawiło ich także kradzenie nam jednego buta lub wysypywanie na nas śmieci. Lekarstwo na to wszystko było jedno – oczywiste. Tym razem jednak miałem trudności z chodzeniem i ledwo widziałem na jedno oko.

I nastał kolejny poranek i kolejna pobudka słowami “Cześć chłopaki, jesteśmy z Barki…”. Zdecydowałem się na wyjazd. Nie było problemu. Dwa dni później już byłem w autobusie do Polski.

Trafiłem do wspólnoty Barki w Chudobczycach. Znalazłem się wśród bardzo miłych ludzi. Wszyscy byli cisi i spokojni. Dla kogoś takiego jak ja – po latach w londyńskim ulu – za spokojni. Wytrzymałem 4 tygodnie. Myślałem sobie: “Ty idioto, to nie dla ciebie”. Byłem trzeźwy, obrażenia się zagoiły, byłem gotowy na nowo podbijać świat. Londyn mnie wzywał. Wróciłem.
Niestety, mój plan szybkiego znalezienia pracy i ułożenia sobie życia zawiodły. Już po kilku dniach byłem wśród moich dawnych kolegów, z butelką w ręku. Wróciłem do dawnego sposobu zdobywania pieniędzy – żebrania. Używaliśmy bardzo skutecznej metody – psa. Irlandczyk pożyczał nam psa w zamian za 2 piwa. Ludziom prawdopodobniej bardziej było żal psa niż nas (choć wbrew pozorom pies żył w dostatku, jadał same smakołyki, miał
mnóstwo miejsca i świeże powietrze). Dostawaliśmy mnóstwo pieniędzy i mnóstwo też piliśmy. Kolejne dni, tygodnie, miesiące wyglądały identycznie. Rano – butelka cydru na “rozruch” i kaca, potem zagrzać się, zjeść i czasami wykąpać w centrum pomocowym – wszystko oczywiście przeplatane kolejnymi kubkami wina. Potem do parku i dalsze picie. Wieczorem “praca”, z krótkim przerwami na picie. Potem liczenie pieniędzy, udawanie się do miłego sklepikarza po kanapki, którychnie sprzedał – i impreza.
Pewnego dnia zobaczyłem Marynarza. Ze smutnym uśmiechem na twarzy zapytał: “Cześć, jesteśmy z Barki, jak możemy wam pomóc?”. Po kilku godzinach odbyliśmy długą rozmowę w centrum dziennym. Po raz enty Marynarz poprosił mnie, żebym skończył z piciem i zaoferował mi miejsce w Barce.
Pamiętałem o Barce i podobał mi się pomysł powrotu, ale akurat byłem w ciągu i podjęcie jakiegokolwiek działania było dla mnie abstrakcją. Było coraz gorzej. Popadłem w depresję, czułem się kompletnie zrezygnowany. Nawet alkohol nie przynosił już ulgi. Nie wywoływał euforii, nie poprawiał nastroju. Piłem, żeby nie myśleć, żeby po prostu zasnąć. W pewnym momencie moje ciało kompletnie odmówiło mi posłuszeństwa, nie chciało mi
się nigdzie ruszać. Po prostu leżałem, zawinięty w śpiwór, a moi koledzy donosili mi kanapki i oczywiście – alkohol. Ulica jest jak rak, który zżera cię od środka. Jak huragan zmiatający wszystko, co napotka na swojej drodze. Kiedy dostaniesz się w jego władanie, nie jesteś w stanie się wydostać.
Przez te wszystkie lata Barka próbowała mi pomóc, nawet kiedy byłem na to zupełnie obojętny. Ona nie odpuściła. Kiedy stałem już jedną nogą nad grobem, Radek, mój kolega z Barki, przyszedł i wyciągnął mnie na detoks. Ale nie na normalny detoks w szpitalu, gdzie po kilku dniach
wychodzisz z powrotem na ulicę, ale na 30 dni w profesjonalnym ośrodku, gdzie koszt wynosił ponad 6,000 funtów od pacjenta. Dla polskiego bezdomnego bez zasiłków dostanie się tam było niemożliwe, ale nie dla Radka. To był czas prawdziwego zdrowienia. Zastrzyki, tabletki, odtruwanie, ale także psycholog i terapeuta. Nie było łatwo. Dopiero po kilku dniach byłem w stanie wyjść z pokoju o własnych siłach; po tygodniu zacząłem jeść, a po kolejnych kilku dniach moje roztrzęsione ciało zaczęło się uspakajać. Wreszcie miałem czas, żeby na trzeźwo przemyśleć swoje sprawy. Podjąłem wiele ważnych decyzji. Radek stale mnie odwiedzał. Przynosił tytoń i nowinki ze świata. Nasze rozmowy przynosiły nam wiele satysfakcji.
Pod koniec pobytu w ośrodku zadałem sobie pytanie: “Co robić dalej?”. Nie chciałem wracać na ulicę. Bałem się o siebie. Odpowiedź przyszła znowu z Radkiem! Powiedział, że rozmawiał z siostrami zakonnymi z misji charytatywnej w Elephant&Castle. Zakonnice miały mnie zabrać do hostelu. Nie miałem wtedy pojęcia, że będzie to jeden z najważniejszych kroków w moim życiu.

Już po kilku dniach wiedziałem, że się polubimy. Siostry były jak balsam na moją umęczoną duszę. Były dla mnie jak zastępcze matki i przyjaciółki. Zdobyłem ich zaufanie. Po kilku miesiącach robiłem tam wszystko – zajmowałem się kuchnią, przyjmowałem dostawy, robiłem zakupy. Byłem także – o ironio – odpowiedzialny za pilnowanie trzeźwości wśród mieszkańców hostelu (w tym przypadku ironia jest eufemizmem
stulecia). Ponadto pomagałem tłumaczyć osobom, które nie znały angielskiego. Odkryłem, że lubię pomagać innym. Siostry pokazały mi, że można odnajdywać radość i satysfakcję w uśmiechu innych. Bardzo się zaprzyjaźniłem z Siostrami i do dziś darzę je niezmienną
miłością. Przez cały ten czas utrzymywałem dobry kontakt z Radkiem. Jednak nasza relacja zupełnie się zmieniła. Teraz byliśmy po prostu dobrymi kolegami. Zacząłem normalnie żyć. Podczas jednego ze spotkań Radek powiedział, że nazajutrz odbywa się spotkanie Barki i
że jestem zaproszony. Oczywiście wybrałem się na nie. Spotkałem tam młodych, przyjaznych i entuzjastycznych ludzi. Mówili o projekcie powrotów z dzielnic Hammersmit; Fulham, City i Lambeth; Southwark. “Kilka osób wróciło z Hammersmith, kila z City, we helped him, with him it was
impossible to do anything “. Często rozmawiano o pojedynczych przypadkach. Pamiętam, że było mi bardzo wstyd. “Boże” – pomyślałem. “Jeśli choć z którym z nich przechodzili choć ułamek tego, co ze mną, to dopomóż im”. Po spotkaniu, Ewa, szefowa Barki UK zaprosiła mnie na rozmowę i po kilku słowach po prostu zaoferowała udział w 2-miesięcym kursie w Barce w Polsce, a następnie pracę.
Choć zaskoczyło mnie to, to od razu się zgodziłem i już po tygodniu byłem w Polsce. Ze stacji kolejowej odebrał mnie Janusz i od razu zawiózł do głównej siedziby Barki. Wypiliśmy kawę i zaczęliśmy. “To jest Centrum Wsparcia Ekonomii Społecznej, Centrum Integracji Społecznej, tam jest
szkoła, a tu miejsce, gdzie każdy może zjeść za darmo posiłek” – usłyszałem. Następnie odwiedziliśmy Pogotowie Społeczne, które, choć uboższe, przypominało mi hostel prowadzony przez moje ukochane Siostry; a następnie “Darzbór”, osiedle dla osób, które wyszły z bezdomności. Na koniec dnia otrzymałem ulotki i broszury. Wieczorem, gdy przeczytałem materiały o pracy i osiągnięciach Barki, koncepcja “Ekonomii Społecznej” przestała być dla mnie pustym, abstrakcyjnym pojęciem. Zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi. Kolejne 2 miesiące spędziłem w Domu Wspólnotowym w Posadówku. Podobnie jak w innych wspólnotach Barki, tak i tu żyły osoby z problemami – alkohol, więzienie, a czasami zwykła, ludzka samotność. Ta mieszanina nie tylko nie eksplodowała, ale wręcz nastrajała, uzupełniała i pchała wózek wspólnego życia. Tutaj ludzie odzyskali godność, a teraz nie tylko pracowali na poprawę jakości swojego życia. Chcieli pracować, ponieważ robili to dla siebie. I robili to efektywnie. Te 2 miesiące
były dla mnie kolejną wielką lekcją. Po tym czasie wróciłem do Londynu, pełen zapału, ale i obaw. Wkrótce dostałem pracę w Broadway Centre. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym 7 lat temu zacząłem moją karierę bezdomnego. Kiedy w pierwszym dniu pracy przyszedłem do znanego mi “Broadway’u” i popatrzyłem na zebranych ludzi, zobaczyłem w nich siebie. Ten sam lęk, rezygnacja i obojętność ukryte pod maską arogancji. Wtedy zrozumiałem, co chcę robić w życiu. Po kilku dniach udałem się na mój pierwszy patrol. Zajrzeliśmy do miejsca, w którym kiedyś sypiałem i zobaczyłem ludzi w śpiworach, przyciśniętych do ścian, ponieważ znowu padało. I wtedy usłyszałem swój głos: “Cześć chłopaki, jak się dzisiaj macie? Jesteśmy z Barki, jak możemy wam pomóc?”.

Tłumaczenie z j. angielskiego: Aneta Kubas, Barka Irlandia

Gdyby moje życie potoczyło się inaczej, dziś powinienem spoczywać na dnie Tamizy. Mogło być też tak, że wróciłbym do kraju na własną rękę, ale wówczas pozostawałbym tym samym pijanym Jerzym. Do Londynu przyjechałem początkowo na urlop, odwiedzić syna, który tam pracował.
Miasto mi się jednak spodobało, a o pracę było łatwo, więc postanowiłem zostać na dłużej. Zamieszkałem na squacie na terenie strefy przemysłowej.
Większość czasu spędzałem, pijąc lub szykując się na następną flaszkę. Tak płynął dzień za dniem, bez planów ustatkowania się, czy poprawy życia. Miewałem okresy trzeźwości, w których zdawałem sobie sprawę, że powinienem wrócić do domu. Jednak potem znowu zapijałem. Nie robiłem kompletnie nic, by zapobiec postępującej degeneracji. Kiedy straciłem pokój na squacie, zacząłem sypiać na ulicy. Ta ulica wciągnęła mnie
bez reszty. Wtedy odnalazł mnie syn. To było bardzo krótkie i nieprzyjemne spotkanie…
Pewnego dnia poszedłem do The Broadway Centre i tam po raz pierwszy spotkałem ludzi z Barki. Niektórzy obawiali się ich, mówili, że Barka współpracuje z władzami, a dla osób pamiętających czasy komunizmu, to się źle kojarzyło. Ja jednak poczułem od razu, że mogę zaufać jednemu z liderów, Markowi. Podobnie jak ja, miał za sobą życie w nędzy, a to sprawiało, że był dla mnie wiarygodny.

Niedługo po pierwszym spotkaniu Barka pomogła mi wrócić do kraju, jednak wysłanie kogoś do domu i uznanie sprawy za zamkniętą nie jest w stylu tej organizacji. Cały czas piłem i nie zastanawiałem się zbytnio nad sobą. Zajęło to trochę czasu, ale ostatecznie uświadomiłem sobie, że mogę zapomnieć o pracy, rodzinie i wszystkim innym, zanim nie zrobię ze sobą porządku. Dokładnie 11 listopada 2007 roku, podczas festiwalu w Poznaniu, wypiłem swoje ostatnie 4 piwa. Tamtego dnia rozpocząłem odbudowywanie swojego życia. Zajęło to jakiś czas, ale poukładałem je sobie, a społeczność Barki stopniowo powierzała mi coraz większą odpowiedzialność i obdarzała zaufaniem. Obecnie prowadzę w Polsce
przedsiębiorstwo społeczne – ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem. Pracuję także jako lider Barki – jak nazywamy sami siebie “Obywatel z odzysku” – na mojej szóstej turze w Londynie.
Podobnie jak Marek, który mi pomógł, pracuję bezpośrednio z polskimi bezdomnymi. Mam nadzieję, że tak jak ja w Marku zobaczyłem coś z siebie, tak ktoś z nich zobaczy część siebie we mnie. Mam nadzieję, że dzięki temu uświadomią sobie, jak może
wyglądać ich życie. 11 listopada, w rocznicę mojego ostatniego picia, wziąłem udział w nabożeństwie w St. Martin-in-the-Fields. Odczytano wtedy wiele nazwisk osób, które zmarły w bezdomności. Jestem wdzięczny, że mojego nazwiska nie było na tej liście.

“Od łobuza do pracownika”
Historia emigranta
Autor: Piotr – osoba, która wróciła z Lambeth do Polski dzięki Barce Brytyjskiej
Ranek to najgorszy czas dnia. Najpierw budzi mnie zimno, a potem jakże znajome łupanie w
głowie, suszenie i “szczotka” w gardle. Dookoła widzę dobrze mi znanych ludzi w śpiworach,
leżących pod murem. Znowu pada. Wokół mnie walają się porozrzucane butelki. Jaka szkoda, że
wszystkie puste – tak samo, jak moje kieszenie.
I nagle słyszę po raz pierwszy: “Cześć chłopaki, jak się dzisiaj macie? Jesteśmy z Barki. Jak
możemy wam pomóc?”. Na dźwięk słowa POMOC od razu pomyślałem o napełnieniu leżącej obok
butelki. Żadna inna pomoc mnie nie obchodzi, dlatego tracę zainteresowanie.
Powrót do Polski? Od lat jestem w Londynie. W końcu czuję się wolny. Robię, co chcę. Mam za
darmo jedzenie i ubrania, a pieniądze na picie zawsze się znajdą. Angielski znam, więc jak tylko
będę gotowy, to znajdę pracę. Taki mam plan – na kiedyś – ale nie na dziś. Dlatego odmawiam.
Po pierwszym spotkaniu z Barką zacząłem ich widywać częściej. Spotykaliśmy się w Centrum
Pomocy Dziennej na Waterloo. Moja początkowa niechęć zmieniła się w sympatię. Wiele razy
rozmawialiśmy o moim piciu, o tym, że najwyższy czas coś zrobić z takim marnowaniem życia.
Zgadzałem się z tym – owszem, chciałem coś zmienić, ale – jutro, pojutrze, może kiedyś.
Miło było rozmawiać o czymś ważnym, wspominać dawne życie. Stale przypominałem sobie te
słowa: “Jak się dzisiaj macie? Jesteśmy z Barki. Jak możemy wam pomóc?”.
Moje życie płynęło jednak nadal tym samym kursem. Dni były podobne jeden do drugiego jak dwie
krople wódki. Cała moja energia, całe życie było podporządkowane butelce. Mój rozkład dnia był
naznaczony piciem.
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że staczam się po równi pochyłej. Aby temu zapobiec,
podjąłem nawet pracę. Zatrudniłem się w wytwórni sałatek, potem w szklarniach, sadziłem kwiaty,
kładłem kostkę brukową, a nawet pracowałem w rzeźni. Z każdego miejsca jednak albo mnie
wyrzucano, albo sam się zwalniałem.
W każdym razie miałem jakieś pieniądze. Niestety za mało, żeby coś zacząć, ale w sam raz na
picie. Po każdej próbie pracy (w Bognor, Chichester, Hull, Manchesterze i Bóg jeden wie,
gdzie jeszcze) zawsze wracałem do Londynu. Starzy przyjaciele witali mnie z otwartymi
ramionami i pełnymi butelkami.
Po jednej z takich wypraw odwiedziłem Dzienny Ośrodek Pomocy w Shepherd's Bush.
Stary dobry Broadway. Tam spędziłem pierwszy rok mojego wygnania, zawsze pijany.
To był szok. Pierwszą osobą, jaką spotkałem, był “Marynarz”, mój dobry kumpel, z którym
mieszkałem na squatach i wypiłem jezioro cydru. Był trzeźwy, czysty i zadowolony z życia.
Opowiedział mi, że wrócił do Polski z Barką, wytrzeźwiał i zmienił swoje życie. W
rezultacie zaczął dla Barki pracować.
“Marynarz” poprosił mnie, żebym poszedł w jego ślady. Zaoferował mi pomoc i zapewnił,
że w Barce znajdzie się dla mnie miejsce. Niestety, tym razem zwyciężył cydr, jednak
obraz zdrowego, trzeźwego “Marynarza” utkwił w mojej pamięci.
Tymczasem trwał alkoholowy maraton. Niemal codziennie obiecywałem sobie, że to już
koniec, że z tym skończę. Niestety, były to puste obietnice. Drżenie rąk i całego ciała
można było ukoić tylko w jeden sposób. Komórki mojego organizmu mogły pracować tylko
po odpowiedniej dawce alkoholu.
Miesiąc później zostałem pobity. To oczywiście się już wcześniej zdarzało. Człowiek
leżący, zawinięty w śpiwór, ma małe szanse z bandą nastolatków. Ich ulubioną zabawą
było obrzucanie nas kamieniami, butelkami, puszkami… Uważali, że wylanie butelki piwa
czy wody na śpiącego człowieka jest super zabawne. Bawiło ich także kradzenie nam
jednego buta lub wysypywanie na nas śmieci. Lekarstwo na to wszystko było jedno –
oczywiste. Tym razem jednak miałem trudności z chodzeniem i ledwo widziałem na jedno
oko.
I nastał kolejny poranek i kolejna pobudka słowami “Cześć chłopaki, jesteśmy z Barki…”.
Zdecydowałem się na wyjazd. Nie było problemu. Dwa dni później już byłem w autobusie
do Polski.

Trafiłem do wspólnoty Barki w Chudobczycach. Znalazłem się wśród bardzo miłych ludzi.
Wszyscy byli cisi i spokojni. Dla kogoś takiego jak ja – po latach w londyńskim ulu – za
spokojni. Wytrzymałem 4 tygodnie. Myślałem sobie: “Ty idioto, to nie dla ciebie”. Byłem
trzeźwy, obrażenia się zagoiły, byłem gotowy na nowo podbijać świat. Londyn mnie
wzywał. Wróciłem.
Niestety, mój plan szybkiego znalezienia pracy i ułożenia sobie życia zawiodły. Już po kilku
dniach byłem wśród moich dawnych kolegów, z butelką w ręku. Wróciłem do dawnego
sposobu zdobywania pieniędzy – żebrania. Używaliśmy bardzo skutecznej metody – psa.
Irlandczyk pożyczał nam psa w zamian za 2 piwa. Ludziom prawdopodobniej bardziej było
żal psa niż nas (choć wbrew pozorom pies żył w dostatku, jadał same smakołyki, miał
mnóstwo miejsca i świeże powietrze).
Dostawaliśmy mnóstwo pieniędzy i mnóstwo też piliśmy. Kolejne dni, tygodnie, miesiące
wyglądały identycznie. Rano – butelka cydru na “rozruch” i kaca, potem zagrzać się, zjeść
i czasami wykąpać w centrum pomocowym – wszystko oczywiście przeplatane kolejnymi
kubkami wina. Potem do parku i dalsze picie. Wieczorem “praca”, z krótkim przerwami na
picie. Potem liczenie pieniędzy, udawanie się do miłego sklepikarza po kanapki, których
nie sprzedał – i impreza.
Pewnego dnia zobaczyłem Marynarza. Ze smutnym uśmiechem na twarzy zapytał:
“Cześć, jesteśmy z Barki, jak możemy wam pomóc?”. Po kilku godzinach odbyliśmy długą
rozmowę w centrum dziennym. Po raz enty Marynarz poprosił mnie, żebym skończył z
piciem i zaoferował mi miejsce w Barce.
Pamiętałem o Barce i podobał mi się pomysł powrotu, ale akurat byłem w ciągu i podjęcie
jakiegokolwiek działania było dla mnie abstrakcją. Było coraz gorzej. Popadłem w
depresję, czułem się kompletnie zrezygnowany. Nawet alkohol nie przynosił już ulgi. Nie
wywoływał euforii, nie poprawiał nastroju. Piłem, żeby nie myśleć, żeby po prostu zasnąć.
W pewnym momencie moje ciało kompletnie odmówiło mi posłuszeństwa, nie chciało mi
się nigdzie ruszać. Po prostu leżałem, zawinięty w śpiwór, a moi koledzy donosili mi
kanapki i oczywiście – alkohol.
Ulica jest jak rak, który zżera cię od środka. Jak huragan zmiatający wszystko, co napotka
na swojej drodze. Kiedy dostaniesz się w jego władanie, nie jesteś w stanie się wydostać.
Przez te wszystkie lata Barka próbowała mi pomóc, nawet kiedy byłem na to zupełnie
obojętny. Ona nie odpuściła.
Kiedy stałem już jedną nogą nad grobem, Radek, mój kolega z Barki, przyszedł i
wyciągnął mnie na detoks. Ale nie na normalny detoks w szpitalu, gdzie po kilku dniach
wychodzisz z powrotem na ulicę, ale na 30 dni w profesjonalnym ośrodku, gdzie koszt
wynosił ponad 6,000 funtów od pacjenta. Dla polskiego bezdomnego bez zasiłków
dostanie się tam było niemożliwe, ale nie dla Radka.
To był czas prawdziwego zdrowienia. Zastrzyki, tabletki, odtruwanie, ale także psycholog i
terapeuta.
Nie było łatwo. Dopiero po kilku dniach byłem w stanie wyjść z pokoju o własnych siłach;
po tygodniu zacząłem jeść, a po kolejnych kilku dniach moje roztrzęsione ciało zaczęło się
uspakajać.
Wreszcie miałem czas, żeby na trzeźwo przemyśleć swoje sprawy. Podjąłem wiele
ważnych decyzji.
Radek stale mnie odwiedzał. Przynosił tytoń i nowinki ze świata. Nasze rozmowy
przynosiły nam wiele satysfakcji.
Pod koniec pobytu w ośrodku zadałem sobie pytanie: “Co robić dalej?”. Nie chciałem
wracać na ulicę. Bałem się o siebie. Odpowiedź przyszła znowu z Radkiem! Powiedział,
że rozmawiał z siostrami zakonnymi z misji charytatywnej w Elephant&Castle. Zakonnice
miały mnie zabrać do hostelu. Nie miałem wtedy pojęcia, że będzie to jeden z
najważniejszych kroków w moim życiu.

Już po kilku dniach wiedziałem, że się polubimy. Siostry były jak balsam na moją
umęczoną duszę. Były dla mnie jak zastępcze matki i przyjaciółki. Zdobyłem ich zaufanie.
Po kilku miesiącach robiłem tam wszystko – zajmowałem się kuchnią, przyjmowałem
dostawy, robiłem zakupy. Byłem także – o ironio – odpowiedzialny za pilnowanie
trzeźwości wśród mieszkańców hostelu (w tym przypadku ironia jest eufemizmem
stulecia).
Ponadto pomagałem tłumaczyć osobom, które nie znały angielskiego. Odkryłem, że lubię
pomagać innym. Siostry pokazały mi, że można odnajdywać radość i satysfakcję w
uśmiechu innych. Bardzo się zaprzyjaźniłem z Siostrami i do dziś darzę je niezmienną
miłością.
Przez cały ten czas utrzymywałem dobry kontakt z Radkiem. Jednak nasza relacja
zupełnie się zmieniła. Teraz byliśmy po prostu dobrymi kolegami. Zacząłem normalnie żyć.
Podczas jednego ze spotkań Radek powiedział, że nazajutrz odbywa się spotkanie Barki i
że jestem zaproszony. Oczywiście wybrałem się na nie. Spotkałem tam młodych,
przyjaznych i entuzjastycznych ludzi. Mówili o projekcie powrotów z dzielnic
Hammersmit&Fulham, City i Lambeth&Southwark.
“Kilka osób wróciło z Hammersmith, kila z City, we helped him, with him it was
impossible to do anything “. Często rozmawiano o pojedynczych przypadkach.
Pamiętam, że było mi bardzo wstyd. “Boże” – pomyślałem. “Jeśli choć z którym z nich
przechodzili choć ułamek tego, co ze mną, to dopomóż im”.
Po spotkaniu, Ewa, szefowa Barki UK zaprosiła mnie na rozmowę i po kilku słowach po
prostu zaoferowała udział w 2-miesięcym kursie w Barce w Polsce, a następnie pracę.
Choć zaskoczyło mnie to, to od razu się zgodziłem i już po tygodniu byłem w Polsce.
Ze stacji kolejowej odebrał mnie Janusz i od razu zawiózł do głównej siedziby Barki.
Wypiliśmy kawę i zaczęliśmy.
“To jest Centrum Wsparcia Ekonomii Społecznej, Centrum Integracji Społecznej, tam jest
szkoła, a tu miejsce, gdzie każdy może zjeść za darmo posiłek” – usłyszałem.
Następnie odwiedziliśmy Pogotowie Społeczne, które, choć uboższe, przypominało mi
hostel prowadzony przez moje ukochane Siostry; a następnie “Darzbór”, osiedle dla osób,
które wyszły z bezdomności. Na koniec dnia otrzymałem ulotki i broszury.
Wieczorem, gdy przeczytałem materiały o pracy i osiągnięciach Barki, koncepcja
“Ekomomii Społecznej” przestała być dla mnie pustym, abstrakcyjnym pojęciem.
Zrozumiałemm, o co w tym wszyskim chodzi.
Kolejne 2 miesiące spędziłem w Domu Wspólnotowym w Posadówku. Podobnie jak w
innych wspólnotach Barki, tak i tu żyły osoby z problemami – alkohol, więzienie, a czasami
zwykła, ludzka samotność. Ta mieszanina nie tylko nie eksplodowała, ale wręcz nastrajała,
uzupełniała i pchała wózek wspólnego życia.
Tutaj ludzie odzyskali godność, a teraz nie tylko pracowali na poprawę jakości swojego
życia. Chcieli pracować, ponieważ robili to dla siebie. I robili to efektywnie. Te 2 miesiące
były dla mnie kolejną wielką lekcją.
Po tym czasie wróciłem do Londynu, pełen zapału, ale i obaw. Wkrótce dostałem pracę w
Broadway Centre. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym 7 lat temu zacząłem moją
karierę bezdomnego.
Kiedy w pierwszym dniu pracy przyszedłem do znanego mi “Broadway’u” i popatrzyłem na
zebranych ludzi, zobaczyłem w nich siebie. Ten sam lęk, rezygnacja i obojętność ukryte
pod maską arogancji. Wtedy zrozumiałem, co chcę robić w życiu.
Po kilku dniach udałem się na mój pierwszy patrol. Zajrzeliśmy do miejsca, w którym
kiedyś sypiałem i zobaczyłem ludzi w śpiworach, przyciśniętych do ścian, ponieważ znowu
padało. I wtedy usłyszałem swój głos: “Cześć chłopaki, jak się dzisiaj macie? Jesteśmy z
Barki, jak możemy wam pomóc?”.

Tłumaczenie z j. angielskiego: Aneta Kubas, Barka Irlandia

Pierwszy dom wspólnoty we Władysławowie.
Gonzo – jeden z mieszkańców wspólnoty w Chudobczycach, po wielu życiowych przejściach odnalazł spokój w opiece nad owcami.
Mieszkańcy wspólnoty w Chudobczycach – Jurek, Czesiu i Rysiu.
×